Czy można oświadczyć się 2 razy tej samej osobie? Można 🙂
A czy można przebić oświadczyny w Gwatemali, na prawie 4000 m.n.p.m, z milionem gwiazd nad głową oraz plującym lawą wulkanem Fuego?
Sprawdźmy to!



Zaręczyny podczas skoku ze spadochronem – perspektywa Arka
Pierwszy zamysł
Mamy rok 2025. Nie mam łatwego zadania. Chciałbym wręczyć pierścionek zaręczynowy mojej przyszłej żonie po raz drugi.
Tylko jak to zrobić?
Jak zaskoczyć osobę z którą przebywałem 24/7 przez ostatnie 5 lat podczas podróży dookoła świata? Z pomocą przychodzi ostatnie ekstremalne marzenie Ani, czyli skok ze spadochronem. Nakłada się to z 30 urodzinami, więc nie wzbudza podejrzeń, gdy nie pokazuje Jej maili czy niektórych stron internetowych.
Plan jest prosty – Ania dostaje skok ze spadochronem na 30 urodziny. Ja załatwiam ogromny baner, z którym wchodzę na lotnisko. Ania lecąc z nieba widzi napis „Wyjdziesz za mnie?” Przychodzi do mnie po czerwonym dywanie. Dostaje kwiaty, pierścionek, „mówi tak”. Po wszystkim jedziemy się gdzieś zrelaksować i mamy szczęśliwe zakończenie.
Czy wszystko poszło jak po sznurku?
Oczywiście, że … nie.
Okazało się, że firmy niekoniecznie chcą lub potrafią stworzyć taki baner. Musiałem zrobić to sam i trzymać kciuki, że po „wydruku” wszystko wyjdzie ładnie. Wyszło. Pokłony dla drukarni, że ogarnęliśmy to w dwójkę.
Okazało się również, że nie jest łatwo znaleźć lotnisko, któremu spodoba się pomysł oświadczyn chociaż w połowie tak, jak i mnie. Tutaj pokłony lecą do lotniska w moim rodzinnym Lesznie, które zaangażowało się w projekt.
Okazało się też, że wejście na płytę lotniska w trakcie skoków spadochronowych, również do prostych nie należy. A pomysł szampana i innych dodatków, jest pomysłem, którego nie można zrealizować.
Nie przewidziałem również wiatru. Kwiaty dla Ani musiały znaleźć się w koszyczku. Baner musiał zostać przymocowany do ziemi, jednak moje śledzie od namiotu były za grube, na lotniskowe standardy. Do tego czerwony dywan wirował sobie szczęśliwy na wietrze. Statyw z telefonem upadł trzy razy. Jakimś cudem, udało utrzymać się wszystko do lądowania. Jedynie dywan postanowił, że przejdziemy się po nim przy kolejnej okazji.

Miejsce na relaks. Musiałem zwlekać do ostatniej chwili, ze względu na możliwość odwołania skoku, jeśli pogoda nie dopisze. Nie mogłem nic wcześniej zarezerwować. Wszyscy wiemy jak to jest z miejscem i ceną noclegu na weekend, na ostatni moment. Koniec końców wyszedł inny apartament niż planowałem, ale okazał się strzałem w 10.
Kolejna, najważniejsza sprawa, to pierścionek zaręczynowy. Przejrzałem wszystkie strony internetowe. Skonsultowałem się z bliskimi. Wybrałem najpiękniejszy jaki widziałem w życiu i skontaktowałem się z firmą Auroria. Co tym razem się wydarzyło? Tym razem … wszystko poszło jak po sznurku. Przemiła obsługa, szybki i profesjonalny kontakt oraz fantastyczny pierścionek. Z całego serca dziękuje.
Zabawne, bo noc przed zaręczynami razem nie mogliśmy zasnąć. Ania stresowała się skokiem. Ja stresowałem się czy wszystko się uda. Powtarzałem tylko, że zabieram od Niej trochę nerwów, aby Jej się lepiej spało.



Czas postawić kropkę nad „i”
Po wszystkim, powiedziałem Ani, że jedziemy na drinka trochę się zrelaksować. Nie dyskutowała. W samochodzie usłyszałem, że rozbiłem bank i nic na świecie nie przebije obydwu oświadczyn. Po chwili dodała, że dorównać mogłyby jedynie zaręczyny, gdzieś w apartamentowcu, z jacuzzi na 40 piętrze, z widokiem na Central Park. Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak mnie to ucieszyło. Nasz relaks, to oczywiście nie drink, a nocleg w Skytower. Piętro 46. Jacuzzi przy oknie i sauna. Zobaczyć swoją narzeczoną taką zaskoczoną, uśmiechniętą i szczęśliwą, to bezcenne uczucie. Przygotowałem jeszcze do porannej kawki karteczki z napisami „kocham Cię za…” Jedną przylepiłem na lustrze, drugą na lodówce, ekspresie do kawy itd. Miał być relaks, a dołożyliśmy sobie kolejne emocje.
I co, udało się przebić pierwsze oświadczyny?
Zanim odpowiesz to zerknij jak to wszystko wyglądało oczami Ani ⬇️
Zaręczyny podczas skoku ze spadochronem – perspektywa Ani
Poziom stresu od 1 do 10? Jakieś 96…
Wszystko zaczęło się od moich 30 – tych urodzin, które były idealnym pretekstem na sprezentowanie skoku ze spadochronem, który <jak się potem okazało> był częścią większego planu.
W dzień oświadczyn (o których oczywiście nie wiedziałam), jedyne co mogłam mieć w głowie, to stres przed skokiem ze spadochronem. Nigdy nie byłam fanem wysokości, więc ten prezent był dla mnie wielkim szczęściem, ale też wielkim wyzwaniem. W głowie miałam tylko liczby – wyrzucą mnie z pędzącego samolotu, z 4000 m nad ziemią i będę leciała w dół 200 km/h. Próbowałam to przetworzyć, ale te dane są tak abstrakcyjne, że głowa nie chciała pojąć tego, co się za chwilę wydarzy.
Arek towarzyszył mi cały czas. I w nocy przed skokiem, i następnego dnia widziałam, że coś nie daje mu spokoju. On sam tłumaczył, że stresuje się moim skokiem. “Jejku, jaki przekochany mężczyzna” myślałam. Taki empatyczny, żeby skokiem swojej dziewczyny się martwić. Może jakbym sama nie była taka przejęta, to zauważyłabym, że coś innego chodzi mu po głowie.
Skoczyć czy może jednak przekazać skok komuś innemu?
Przed samym skokiem, miałam rozgrzewkę w postaci tunelu aerodynamicznego. Fajna zabawa, a przede wszystkim dobry rozpraszacz przed głównym skokiem. Polecam każdemu.
Przyszedł czas – dotarliśmy do firmy, z którą skakaliśmy, dostałam kombinezon, uprząż, wszystko mi ładnie wyjaśniono, ale mimo wielu bodźców i ludzi dookoła, stres nie odpuszczał.
Cała przygotowana, wraz z resztą ekipy, weszłam do busika i pojechaliśmy na pas startowy, gdzie miał odebrać nas samolot.
Chociaż samolot to za dużo powiedziane. To była przerośnięta puszka ze skrzydłami. Weszła nas tam szóstka. Było bardzo przytulnie, bo praktycznie siedzieliśmy na sobie. Ledwo szpilkę dałoby radę wcisnąć między nas.
Może to jest dobre miejsce na to, żeby wspomnieć z kim skakałam. Mój kochany narzeczony skakał ze spadochronem 9 lat wcześniej, w zupełnie innym mieście. Skakał z Markizem – chłopakiem zakochanym w skokach spadochronowych. Gdy w Lesznie Arek poszedł załatwiać mój skok, dowiedział się, że Markiz tam pracuje i że jest szefem obiektu (i jednocześnie największym kozakiem, jeśli chodzi o skoki).
Podsumowując – skakaliśmy z różnicą 9 lat, w różnych miastach i tak się złożyło, że skakaliśmy z jedną i tą samą osobą. Ciekawie się to życie układa.

Ale wróćmy do naszej puszki – ja, Markiz i reszta stawki zdążyliśmy się już wzbić na bardzo dużą wysokość. Pamiętam, że pomyślałam sobie “jesteśmy już tak wysoko, że za chwilę będziemy skakać”, chwilę później usłyszałam, że jesteśmy w połowie zamierzonej wysokości. No to fajnie….
Przebiliśmy jedną warstwę chmur, potem kolejną i zaczęliśmy przygotowywać się do skoku. Otwarcie drzwi, wielki hałas, wielki wiatr. Widzę, że pierwsza para z kamerzystą skacze. Nie mija ułamek sekundy i znikają gdzieś w siną dal.
Dobra. Jazda z tematem!
Czas na nas. Markiz ustawia nas na krawędzi, krzyczy, że jesteśmy gotowi, odchylamy się do tyłu i skaczemy.
Chwila mielenia, jakby się było w pralce, a potem lot się stabilizuje. Lot swobodny to było najwspanialsze uczucie z całego skoku. Ba, jedno z lepszych uczuć życia.
Spadliśmy sobie 2 km w dół, zanim otworzyliśmy spadochron. Wszystko się nagle uspokoiło, można było odetchnąć, chociaż gdy popatrzyłam pionowo w dół i zobaczyłam ile dzieli nas od ziemi, to jakoś ciężko mi się było zrelaksować.
A to był dopiero początek wielkich emocji
Wylądowaliśmy. Podnoszę wzrok, a tam Arek. Pierwsza myśl – czemu przebrał się w koszulę? Poszłam do niego na miękkich kolanach. Okazało się, że pierwszą część oświadczyn ja mu wymyśliłam. Wcześniej, tego samego dnia, pół żartem, pół serio powiedziałam mu, żeby przywitał mnie na dole tekstem “bolało, jak spadłaś z nieba?” Przyznajcie, nie ma lepszej okazji, żeby zadać to pytanie, niż po skoku ze spadochronem.
Tymi właśnie słowami Arek przywitał mnie na dole. A dalej poszło już bardziej tradycyjnie 😉 Nadal zastanawiam się jak to możliwe, że ten mężczyzna oświadczył mi się 2 razy, a ja za każdym razem totalnie niczego się nie spodziewałam? Cwana bestia. Ale na swoje usprawiedliwienie – kto może spodziewać się oświadczyn numer 2? Takich rzeczy nie da się przewidzieć. Arek zdecydowanie jest wyjątkowym wybrankiem serca.



Drugie oświadczyny, ale czy odpowiedź była taka sama?
Gdy klęknął, szok mieszał się ze wzruszeniem. Nogi zmiękły jeszcze bardziej, a biorąc pod uwagę okoliczności, to myślałam, że bardziej się już nie da. Zaniemówiłam, ale wydusiłam z siebie, że wyjdę za niego. Nie mogłoby być inaczej. A pierścionek? Marzenie! Piękny i totalnie pasujący do mnie. Do nas.
Pierwsze oświadczyny były prawie 3 lata temu i od tamtej pory tylko upewniłam się, w tym, że chcę spędzić z tym mężczyzną resztę życia.
I to był moment, kiedy zobaczyłam baner. Wielki na 6 m szerokości, który miałam zobaczyć z nieba. Szczerze to nie dało się go NIE zobaczyć. No cóż, zobaczyłam go dopiero po oświadczynach, ale zaskoczenie było dla mnie jeszcze większe… Baner widział za to chłopak, który skakał, przede mną i który zastanawiał się czy to dla niego. Był z dziewczyną, więc żartowaliśmy sobie, że mogła skorzystać z okazji i na szybko mu się oświadczyć 🙂
Potem były oklaski od ludzi, którzy pomagali Arkowi w logistyce, ja dostałam czerwony dywan, którym miałam iść do Arka, a który zwiało dosłownie przed moim wylądowaniem, były kwiaty i gratulacje. To lotnisko nigdy nie było świadkiem czegoś tak pięknego.
Przeżyłam najpiękniejsze i najbardziej wypełnione adrenaliną zaręczyny świata.
Dobrze, że kolejnego dnia wybraliśmy się do wrocławskiego SkyTowera, do apartamentu na 46 piętrze z sauną, jacuzzi i z widokiem na miasto. Po tych wszystkich atrakcjach można się było z zrelaksować w królewskim stylu.



Chyba trzeba wrócić do pytania z początku – czy udało przebić się pierwsze oświadczyny?
Daj znać co myślisz, bo my sami nie potrafimy zdecydować 😁
Pozdrawiamy cieplutko,
JustDuet.pl 💛
Zerknij na nasze inne odstrzelone pomysły, tj jak pomysł, żeby z zerowej formy przebiec sobie maraton w wymarzonych czasach:
Amsterdam Maraton – nasza relacja
Więcej relacji i postów z tego projektu znajdziesz na naszym instagramie



