Amsterdam Maraton – nasza relacja

Maraton Ania

Wiecie co?

Właśnie dzisiaj mija 365 dni odkąd przebiegliśmy Amsterdam Maraton, w naszych wymarzonych czasach. Właśnie mija rok od naszego największego sprawdzianu biegowego. Dzień 0 przypadł na 15 października 2023 roku.

Czy warto było szaleć tak?

Sprawdźmy to!


Maraton Arek

Bieg na 2:59:16 – oczami Arka

7:11 pobudka

Robimy dzisiaj wszystko tak samo, jak podczas przygotowań. Chwila jogi, bułka z miodem, mała kawa, suplementy. Toaleta na zapas i można iść na start. Ekscytacja rośnie z chwili na chwile.

8:30 grad i ulewa 

30 minut przed startem chowamy się na przystanku autobusowym, bo wielkie kule gradu lecą z nieba 🙈 Przeznaczamy ten czas na zmianę stroju oraz oglądanie skali wydarzenia. 20 000 osób staje dzisiaj na linii startu🤯

8:45 

Rozdzielamy się z Anią. Oddaję rzeczy do depozytu. Czas na ostatnią, krótką rozgrzewkę. 

8:58 Start

Okazuje się, że stoję w złej strefie. Celuję w wynik 2:55:00, a widzę przed sobą pacemakerów na 3:20:00 🙈 Przepchnąć się przez ten tłum nie ma szans, jednak inni biegacze robią mi miejsce, przeskakuje bramkę i bokiem przechodzę w odpowiednią strefę. Ponownie skok przez bramkę i słyszę strzał pistoletu. Wybija 9:00. Zaczęło się. 

Pierwsze 5 km jest ciasno, trzymamy się wszyscy blisko siebie. Trzeba uważać, bo trasa prowadzi przez szyny tramwajowe i progi zwalniające. Są też studzienki czy barierki, więc większość uwagi poświęcam na odpowiednie stawianie kroków. Dopiero w parku mogę się trochę rozluźnić i uśmiechnąć do kibicującego tłumu. Na 5 km zegarek pokazuje 20:47, czyli 4:09/ km. Początek miał być wolniejszy, więc jest idealnie (celuję w 4:06). 

Kolejne 5 km już się trochę rozluźnia. Łapie swój rytm biegowy. Widzę też Elitę, która biegnie szybciej na odcinku pod górę, niż ja z górki. Niesamowita prędkość. Patrzę na zegarek a tam 4:02. Mijam 10 km w niecałe 41 minut. 

10-20 km, to bieg wzdłuż rzeki. Póki co samopoczucie jest bardzo dobre. Ludzie śpiewają nam z łódek. Mimo zimna, atmosfera wśród kibiców jest wyśmienita. 

20 km pokonuje w tempie 4:06/km, wszystko idzie zgodnie z planem💪🏾 

Trzymam się taktyki żywieniowej i jem drugi żel. Czas półmaratonu 1:26:28. 

Na 25 km zauważyłem, że przez zimno i deszcz nie czuje stóp. Wzmogła się ulewa oraz wiatr prosto w twarz. Ludzie zwalniają. Zaciskam zęby i dalej staram się trzymać wyznaczone tempo. Nie raz trenowałem w takich warunkach. Mówię sobie, to tylko wiatr (40km/h😅). 

Wybija 30 km. Jem kolejny żel. Sprawdzam czas. Dalej wszystko według planu. Jestem już 2:03:28 na trasie. Biorę ostatni łyk izotonika i wyrzucam bidon. Ciało boli, ale wydaje się, że wszystko jest pod kontrolą. 

Pierwsze problemy

31 km dostaje „lekką kolkę.” Delikatnie zwalniam, aby jej się pozbyć. Niestety. Z każdym krokiem ból się zwiększa. Boli z prawej i z lewej strony brzucha. Boli na górze, na dole. Biorę głębokie wdechy, uciskam miejsca bólu. Nawet na 20s przechodzę do marszu, aby rozluźnić ciało. Nic nie pomaga. Takiego bólu jeszcze nie czułem. 

Wybija 35 km. Ostatnie 5 km pokonałem tempem 4:20/km. Jest wolniej, ale dalej ze sporym zapasem biegnę poniżej 3 godzin. 

Na 36 km ból brzucha ciągle się zwiększa, próbuje się wyprostować, aby jakoś sobie pomóc. Nagle trzask. Ból i łzy. Zatrzymuje się. Nigdy tak mnie nie bolało. Jedyne co chcę, to położyć się lub usiąść. Zostało już tylko 6 km, mam zapas, nie mogę się teraz poddać. Biorę się za rozciąganie, najpierw w marszu, potem w miejscu. Kibice krzyczą do mnie „tylko nie stawaj, biegnij.” Inni biegacze, którzy mnie mijają, zagrzewają do boju ”masz zapas, biegnij”.

Stoję już tak 2 minuty. „Kolka” dalej nie mija, ale jest lepiej, wracam do biegu. Mówię do siebie, weźcie tę kolkę ode mnie, to to zrobię. Przebiegnę poniżej 3 godzin. Dam radę. Puściło! 

Wybija 37 km, kolka minęła. Ja zaczynam analizować ile mam jeszcze zapasu, aby pobiec poniżej 3 godzin. Próbuje wrócić do tempa z przed marszu. Trzask. Potworny ból ud. Czuje, że zbliżają się skurcze. Jednak postój 2 minuty po tak długim wysiłku daje o sobie znać. Zmieniam krok biegowy na krótszy, zwiększam kadencje i rozglądam się czy przypadkiem pacemaker, który prowadzi ludzi na 3 godziny zaraz mnie nie minie. 

Czy on da radę?

Wybija 38 km. Tempo ostatniego km to 4:40, szybciej aktualnie nie jestem w stanie biec. 39 km to również 4:40/km. To mój nowy rytm. Szybka matematyka i od 39 km wiem, że jeśli utrzymam tempo poniżej 5:00/km to złamie złotą barierę 3 godzin!

Mija 40 km. Mija 41 km. Nogi bolą coraz bardziej, ale zegarek dalej pokazuje tempo poniżej 5:00/km. 

Odwracam się i widzę zająca, który prowadzi grupę biegaczy poniżej 3:00:00. 

Musi być już blisko. Podnoszę głowę i jest. Widzę stadion! Próbuje się wyprostować na ostatnie 500m i wydłużyć krok, ale szybko ból sprowadza mnie na ziemie. 

Nie kombinuj. Wytrzymaj. 300m, 200m, stówka i życiówka! 🔥 2:59:16. To był mój najtrudniejszy bieg w życiu. 

Po biegu medal, banan, izotonik. Muszę się jeszcze przebrać, a ja ledwo stoję na nogach. Dostaje krzesło. Pomału dochodzę do siebie. Zrobiłem to! Patrzę w telefon, a tam już gratulacje od rodziny ❤️ Śledzili cały bieg „na żywo.” 🤗

Posiedziałbym, ale nie mam czasu na dłuższą przerwę. Wstaje i kuśtykam ponownie na stadion. Trzeba kibicować Ani, bo zaraz ona powinna się tutaj pojawić ze złamaną barierą 4 godzin🔥

.

Maraton oczami Ani

Jak już pewnie zdążyliście zauważyć, Arek liczył wszystko podczas maratonu. Patrzył na tempo, czas, dystans. Do samego końca liczył jak ma biec, żeby przebić barierę 3h w maratonie. Czysta matma.

U mnie było inaczej. Ja jestem raczej z tych, którzy biegną w stylu „go with the flow”. Patrzę oczywiście czy tempo się zgadza, ale bardzo na luzie. I tak też było tym razem ⬇️

Po rozdzieleniu się z Arkiem poszłam do mojej strefy startowej. Samo dojście tam zajęło dobre 10 min, przez to, ile setek ludzi szło razem ze mną. 

Pierwszy widok na stadion. Biegacze z wcześniejszych stref startowych już biegną. Wow, cała masa ludzi. My powoli ruszamy po bieżni lekkoatletycznej. Ze spokojem, idziemy chmarą do startu, żeby zacząć swoją przygodę z maratonem. 

Wybiegam ze stadionu i mam łzy w oczach, bo dociera do mnie, że właśnie nadeszło to, do czego przygotowywałam się od miesięcy. 

Żegnaj stadionie. Widzimy się za mniej niż 4h.

Moje pierwsze kilometry były wolniejsze niż zamierzony czas. Było ciasno. Bardzo ciasno. Odezwał się tu brak doświadczenia w tak wielkich eventach. Już na starcie ustawiłam się za daleko, więc przede mną było setki osób, które musiałam wyprzedzić. 

Początek trasy biegł w mieście. Momentami ulice były bardzo wąskie, więc zostało mi biec po krawężnikach, uważając na to żeby sobie nie skręcić nogi. Plus tej sytuacji był taki, że mogłam poprzybijać sobie piątki z dziesiątkami osób, które stały na boku i kibicowały 💛

Mija 10 km, patrzę na zegarek. Jest okey, ale czas trochę bardziej skupić się na wyprzedzaniu. Robię co mogę, znajduje każdą wolną przestrzeń, ale w takich warunkach nie ma mowy o wejściu w swój rytm biegowy. Takich rzeczy nie ma jak przećwiczyć na treningach.

Cały czas mam jednak luz i bardzo cieszę się tym biegiem i napawam atmosferą imprezy. Mówiąc szczerze, to często wzruszenie ściska mi gardło, bo dochodzi do mnie co ja właściwie robię. Cały czas towarzyszy nam cudowne wsparcie ludzi, mimo że pogoda dzisiaj nie rozpieszcza. Właśnie mam za sobą pierwszą ulewę (potem czeka mnie jeszcze tylko grad).

Wybiegamy na wały przy rzece. Zrobiło się jeszcze bardziej wąsko i właśnie w tym momencie dobiegam do pace makera na 4h. To znaczy jedno – przede mną jest jeszcze bardziej zbita grupa biegaczy, którzy marzą o przebiciu bariery 4h. Wzdycham pod nosem i zbiegam na bok, na trawę, żeby wyprzedzić tą chmarę i mieć ją za plecami.

Zrobiło się luźniej, zrobiło się szerzej. Mogłam w końcu wejść w rytm. Kontem oka widzę kobietki na kajaku, które krzyczą żebyśmy lecieli dalej.

Druga połowa biegu

I pyk. Półmaraton za nami. Samopoczucie świetne. Znowu robi się wąsko, znowu bawimy się w wymijanie. Mimo tłoku, wśród biegaczy panuje kulturka. każdy stara się na siebie uważać.  

Koniec rzeki, koniec wałów. Jesteśmy około 27 kilometra i doping ludzi robi się niesamowity. W tym momencie właśnie tego potrzebujemy. Ludzie widzą imię na moim numerze startowym i dopingują „go Ana, go Ana!”. I jak podchodzą tak osobiście to nie mam wyjścia i biegnę dalej 😅 

Coraz częściej widzę, że ludzie dookoła nie dają rady. Widzę skurcze, widzę zejścia z trasy, widzę skrajne zmęczenie. Mówię sobie, że muszę być skupiona do końca. 

Zaczynam odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia, ale jak na to, że właśnie przebiegłam 30 km to i tak jest bardzo dobrze. Między 30, a 40 km organizator ustawił dużo przystanków z napojami, więc swój dystans odliczam od jednego do drugiego.

35 km – zmęczenie coraz bardziej nachodzi. Robię sobie w głowie pogadanki, ale do poddania się jest daleko. 

Witamy z powrotem w Amsterdamie

Jesteśmy znowu w mieście, więc znowu jest bardzo wąsko. Staram się jeszcze skupić i biec za ludźmi, którzy też wyprzedzają. Łatwo teraz byłoby się schować za kimś, kto biegnie wolniej i tak sobie ciupać, ale o tym nie ma mowy. 

Staram się delikatnie przyspieszać. Jednocześnie czuję, że jak przegnę chociaż trochę, to ten maraton skończy się dla mnie źle (skurcz, kolka, odpadniecie z trasy). Staram się więc przyspieszyć i jednocześnie obserwuje, co się dzieje z moim ciałem. Cały czas do siebie gadam w głowie („dawaj bejbiku, dasz radę” xDDD). 

Wbiegam do parku i wiem, że zostały mi tylko 2 km. Zbieram się w sobie i jeszcze trochę przyspieszam. Na ostatnim kilometrze chce jeszcze dodać gazu, ale nie mam już z czego.

Po mojej lewej stronie wyprzedza mnie, bez wysiłku, dziadek w spodniach z folii (ochrona przed deszczem), a po mojej prawej chłopak, lat około 30, upada wykończony na ziemie. Maraton na jednym obrazku. 

Jest! Najpierw go słyszę, a dopiero potem widzę. Stadion! Mówiłam, że widzimy się za mniej niż 4h!  

Wbiegam do środka, wyciągam nogi na tyle, na ile mogę, w tym stanie. Widzę znaki, które odliczają metry: 200, 100, 25 i jest! Mamy to! 

Po przekroczeniu mety czuje 2 rzeczy – okropny ból nóg, którego w ogóle nie czułam podczas biegu i ogromne wzruszenie. Jakby Arek był gdzieś pod ręką to rozpłakałabym mu się jak nic 😁🤷‍♀️ a tak to dzielnie idę przed siebie i próbuję przetworzyć w głowie to, co się właśnie wydarzyło. 

Odebrałam medal, odebrałam banana.


Czas na kolejne wyzwanie – jak znaleźć Arka wśród tysięcy ludzi nie mając telefonu? 

Ostatecznie poratowali mnie Polacy, pożyczając swój telefon. I wspaniale, bo już zaczynałam marznąć (Arek miał moje ubrania).

Po spotkaniu Arek mówi do mnie „Wiesz w jakim czasie pobiegłaś?”

Mój zegarek pokazuje czas 3:50:03, ale wiem, że to raczej nie jest trafione.

Arek pokazuje mi swój telefon z aplikacją maratonu i z moim wynikiem – 3:49:59.

Wow! Lepiej być nie mogło. Nic nie cieszy biegacza bardziej niż tak idealne zmieszczenie się w czasie 😁

Potem już już tylko został nam spacer do domu z przerwą na kawę i opowiadanie sobie nawzajem jak przeżyliśmy nasz wspólny Maraton. Bądź co bądź, rzadko jesteśmy rozdzieleni od siebie na tak długo😅


Tak właśnie było.

Od tego czasu minął rok. Z jednej strony czujemy, że ten bieg wydarzył się w innym życiu, a z drugiej obrazy tego dnia są w nas, cały czas, bardzo żywe.

Czy warto było szaleć tak?

Zdecydowanie tak. Czas wymyślić sobie nowe szaleństwo.

Pozdrawiamy cieplutko,

JustDuet.pl 💛

Comments

  1. Pingback: Zaręczyny podczas skoku ze spadochronem?! - JustDuet.PL

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *